Dziwnie, ale z fantazją

Szwecja to, w powszechnym mniemaniu, kraj bez niespodzianek. Płaski, spokojny i zrównoważony. Nic bardziej mylnego! Są w Szwecji miejsca pełne fantazji, żeby nie powiedzieć, szaleństwa! Można w nich, na przykład, bezkarnie wypowiedzieć wojnę Stanom Zjednoczonym, a potem zostać Ministrem do spraw Zwierząt, a w szczególności Krów.

Na samej północy Skanii, na brzegu półwyspu Kullahalvon kilkadziesiąt lat temu powstało niezwykłe miasto. Wzniósł je Lars Vilks, artysta z pobliskiego Arild. Lars latami zbierał drewniane elementy, które wyrzuciło morze i budował dziwne konstrukcje przypominające wieże. Kiedy się na nie patrzy, trudno oprzeć się wrażeniu, że wyglądają jak scenografia do jakiegoś strasznego filmu o świecie po wielkim kataklizmie. Twórca nazwał swoje wieże Nimis, co oznacza w łacinie „Za Dużo”. Największa z konstrukcji wyrosła na 15 metrów wysokości. Ponieważ to dziwaczne miasteczko powstało na skałach na samym brzegu morze, władze dowiedziały o jego istnieniu dopiero po dwóch latach. Wtedy też okazało się, że „działania artystyczne” Larsa Vilksa są niezgodne z prawem, ponieważ „instalacje” znajdują się w rezerwacie przyrody Kullaberg na terenie gminy Höganäs (Skania). Ale artyści drobiazgami się nie przejmują i wkrótce Lars zbudował zamek, tym razem z kamieni i betonu. Nazwał go Arx, czyli Forteca.

W 1996 roku w miejscu, gdzie stoją te dziwolągi ukonstytuowało się samozwańcze państwo Ladonia. Ma powierzchnię zaledwie jednego km2, za to kilka hrabstw, królową, własną walutę, flagę i niezliczoną ilość ministrów do spraw wszelakich. Kiedy Ladonia proklamowała niepodległość, Nimis i Arx stały się jej narodowymi pomnikami. Państwo miało przez chwilę i trzeci pomnik, ten został jednak zdemontowany przez władze. Rozeźleni monarchowie Ladonii wypowiedzieli z tego powodu wojnę, najpierw Stanom Zjednoczonym, a następnie San Marino. Nie ma to jak rozmach!

Ministerstwo do spraw sera

W samej Ladonii nie mieszka nikt, bo obywatele tego kraju, jak sami o sobie mówią, są Nomadami. Oznacza to, że podobnie jak sam Lars Vilks, mieszkają gdzieś w okolicy w wygodnych domach. Chętnie są tu natomiast widziani turyści, a w lecie, podczas licznie odbywających się imprez, można trafić nawet na kogoś z ladońskiego rządu. W zależności od szczęścia, może to być Minister do Spraw Szachów i Sera, Minister Kuchni Panazjatyckiej oraz Lider Ladońskich Przyjęć na Jednorazowych Naczyniach, Minister Szaleństwa i Euforycznych Podróży albo jak najbardziej zwyczajny Minister do spraw Zwierząt, a w szczególności Krów. Jedno jest pewne, w Ladonii wszyscy dobrze się bawią i trudno znaleźć w Europie drugie takie zwariowane państwo. Można powiedzieć, że jest tu i strasznie, i śmiesznie. Bo, choć Ladonia żyje głównie w wyobraźni swoich kreatorów, to wzniesione na brzegu budowle są jak najbardziej realne, a nawet nieco przerażające.

Można by powiedzieć, że artyści z Kullahalvon zaliczyli prawdziwy odlot, ale co ma powiedzieć ktoś, kto miał kontakt z UFO? Tak, tak, Ladonia to dopiero początek szwedzkich dziwów, a nawet więcej, niezwykłości. W 1972 roku w Ängelholm stanął pomnik Niezidentyfikowanego Obiektu Latającego, czyli UFO. To niewielki monument przedstawiający kosmiczny talerz. Historia tego miejsca zaczęła się dwadzieścia sześć lat wcześniej, kiedy pewien mężczyzna z tej okolicy spotkał kosmitów. Wkrótce stał się sławny w całym kraju, zarabiał również sporo pieniędzy na sprzedaży leków przeciw alergii na pyłki. Ciekawe, może pomysł na lek dostał od Obcych? Nie ma się jednak co śmiać, szwedzki pomnik UFO to prawdziwy ewenement. Jeszcze tylko w jednym kraju na świecie stoi taki monument. Gdzie? Oczywiście w Polsce, w Emilcinie koło Opola Lubelskiego.

Łóżko pod jeziorem

Po emocjach związanych z kontaktami trzeciego stopnia, czas odpocząć. Ale i tutaj Szwedzi wykazali się nadzwyczajną inwencją. Jeśli stanąć na brzegu jeziora Malaren w Sztokholmie, na spokojnej tafli wody widać dryfujące, niewielkie, domki. Wyglądają z daleka trochę jak ogrodowe altanki na narzędzia. Tak naprawdę to dość ekstrawagancki hotel. I to dla odważnych. A także romantycznych. Najważniejsze w nim jest to, czego nie widać na pierwszy rzut oka. Utter Inn, bo tak się nazywa, to tak naprawdę podwodna baza noclegowa. Każdy pływający domek mieści aneks kuchenny i jadalnię, pod nimi zaś znajduje się, zanurzona na trzy metry w wodzie, kapsuła- sypialnia. Jest malusieńka, mieszczą się w niej dwa wąskie łóżka pomiędzy którymi stoi szafka nocna i drabinka do jadalni. W ten sposób, jak w łodzi podwodnej, można stąd podglądać życie jeziora. Podobno nocleg w takim miejscu daje zupełne poczucie spokoju i izolacji, ale goście zawsze mają szansę zadzwonić i obsługa natychmiast zabiera ich na suchy ląd. Bo przecież nie każdy musi lubić spokój.

Dla żądnych adrenaliny Szwedzi przygotowali więc największy i najbardziej szalony park rozrywki w całej Skandynawii. Znajduje się w Göteborgu i szczyci się jednymi z najwspanialszych, najdzikszych i najszybszych rollercoasterów na świecie. Dzieci natomiast powinny odwiedzić pełen niezwykłości Świat Astrid Lindgren w Vimmerby. Każdy zakątek tego bajkowego parku wypełniają kolorowe budowle, w których każdy może robić to, czego tylko dusza zapragnie a wyobraźnia pozwoli. Można tu bawić w chowanego razem z Pippi Langstrumpf, zrobić zakupy w miniaturowym sklepie, albo szukać na dachu Karlssona.

A na sam koniec wycieczki po niezwykłościach Szwecji trzeba sobie zrobić zdjęcie pod największym na świecie Konikiem z Dalarny. To symbol Szwecji. W przeciwieństwie do małych, tradycyjnie drewnianych koników jest z zrobiony ze stali i betonu. Stoi w Åsbo, ma wysokość trzynastu metrów i tyle samo długości. I niech ktoś teraz powie, że Szwedom brak fantazji!

fot. Jacob Forsell/Astrid Lindgren Welt

Print Friendly